Przeżyj to sam? Ok!

Cześć, a właściwie dobry wieczór, bo pewnie, gdy już dodam ten post, to będzie bardzo późno. Co u mnie? Dużo się dzieje. Nic aż tak szczególnego, by wprawiało w zachwyt i oszołomienie Was wszystkich, ale dla mnie, w końcu zaczęło się coś, na co długo czekałam. KLIKNIJ TYTUŁ, ABY ZOBACZYĆ WIĘCEJNie były to rzeczy z góry zaplanowane, obmyślane dniami i nocami, ani żadne z moim marzeń z kategorii „wielkie” się jeszcze nie spełniło (tak, nie mieszkam jeszcze w Australii, ani nawet się tam nie wybieram przez najbliższy rok, a do Panamy lecę dopiero za dwa lata). Mimo to coś się zaczęło. Wszyscy, którzy mnie znają bardziej czy dłużej, często powtarzają mi, że nie mogę usiedzieć w jednym miejscu, ciągle czegoś szukam, próbuję. Właśnie tak! Nie zawsze taka byłam. To moje podejście „odkrywcy” i filozofia życiowa, że trzeba spróbować wszystkiego, żeby wiedzieć, co, tak naprawdę, się kocha, zaczęła się na początku 2012 roku. Był Sylwester, jak co roku spędzony samotnie. Tuż przed magiczną godziną 00.00 stałam przy oknie w swoim pokoju, jak co roku, ze łzami w oczach, że nic nie jest tak, jak być powinno i że nie mam komu złożyć noworocznych życzeń. Wtedy, wierząc, w dużym stopniu, w nadchodzący koniec świata (pamiętacie nagonkę na koniec świata w 2012?) postanowiłam, że skoro umrę w niedługim czasie, to chciałabym odkryć jak najwięcej. Miałam wtedy 16 lat, nie mogłam więc uciec, zacząć podróżować, co by mnie ciekawiło najbardziej. Mimo ograniczonych możliwości postanowiłam, że nigdy już nie powitam Nowego Roku z bladym uśmiechem na twarzy i w pidżamie (pidżamy nic mi złego nie zrobiły, ale nienawidzę ich nosić od czasu, kiedy tak bardzo czekałam na Gwiazdkę, żeby dostać nową zabawkę/ książkę, a od wszystkich dostałam pidżamy i od tamtego czasu powtarzało się to co rok; wyjątek stanowiła Babcia, która do pidżamy dorzucała chipsy i mandarynki). Zapisałam się wtedy na taniec nowoczesny, wszystkie zajęcia dodatkowe organizowane w moim liceum, częściej wychodziłam ze znajomymi, czy to na kręgle, czy do kina, śpiewałam w przykościelnym chórze, byłam DSM- ką i (coś w stylu ministranta w wersji żeńskiej- ministrantką?) i, oczywiście, większość swojego wolnego czasu, poświęcałam na treningi siatkówki. Okazało się, że taniec jest nie za bardzo dla mnie, nie daje mi przyjemności. Z chóru wyrzucił mnie organista. Może nie dosłownie, ale dał do zrozumienia, że to, że nie potrafię śpiewać najwyższym głosem kobiecym- sopranem jest nieakceptowalne na jego zajęciach. Śpiewałam altem, czy nawet kontraltem. No coż, strun głosowych się nie wybiera, a nawet gdybym mogła je wybrać, to nie zamieniłabym ich na „sopranowe”, bo po co? Przestałam też chodzić w tych nieszczęsnym pidżamach (nareszcie!). Z jednej strony dlatego, że był to czas, kiedy w ciągu kilku miesięcy szybko urosłam i, po prostu, wszystkie stały się za małe, a z drugiej, że był to wyraz mojego buntu na wszystko (który trwa do dziś). Siatkówka zajęła sporą część mojego serducha i zagnieździła się w nim na stałe. 31. grudnia 2013 roku, w okolicach północy, nie stałam już samotnie przy dużym oknie mojego dużego, pustego pokoju, tylko świetnie bawiłam się na urodzinach Martyny (Martyna, jeśli to czytasz, to bardzo Ci dziękuję, że mnie wtedy zaprosiłaś,  dużo dla mnie znaczy do dziś).

A co teraz? Nie wszyscy jeszcze wiecie, choć przy moim wiecznym gadulstwie i tendencji do opowiadania całego swojego życia przy każdej, nawet 5-minutowej rozmowie, zaczęłam trenować krav magę. Pomysł wziął się od Tomka, który, jeszcze w wakacje zabrał mnie na swój trening, bo on sam też trenuje (dziękuję Ci jeszcze raz!). Tak mi się spodobało, że po powrocie do Krakowa, na nowy rok akademicki, stwierdziłam, że zapiszę się na treningi. Nie straszne są mi siniaki, zadrapania i obolałe mięśnie, a nawet podbite oczy (tak, zdarzyło się), a same treningi dają mi dużo więcej pewności siebie. Wiem, że trenuję dopiero od dwóch miesięcy, niewiele jeszcze umiem, a Tomek twierdzi nawet, że wszystko robię źle (wcale tak nie jest!!!), treningi sprawiają mi ogromną przyjemność, mimo tego, że wychodzę z nich z mokrymi od potu włosami, a w drodze na przystanek tramwajowy łapią mnie takie skurcze, że podcinają mi nogi i nie mogę chodzić. Nie mam jeszcze wyczucia i wszystkie kopnięcia i uderzenia robię za silno. Podobno mam podczas tego „minę zabójcy”, a przynajmniej Przemek mi tak mówi, a on mnie już trochę (bardzo) zna, dlatego na pewno tak jest.

Kolejna nowość w moim życiu to dieta. Moja dotychczasowa opierała się na jedzeniu wszystkiego, co jest pod ręką, najlepiej w godzinach późnowieczornych, a już w ogóle raj, gdy była to pizza zamówiona po powrocie z pracy, o 2. w nocy. Na szczęście, pojechałam w tym roku z rodzicami i Mikołajem nad morze. Co ma piernik do wiatraka? To jest historia, która już nie zmieści się w tym poście. Chyba można by nawet napisać o tym książkę. W skrócie: poznałam tam ludzi, którzy dali mi impuls to tego, by spiąć tyłek i poprawić wygląd swojego ciała, a raczej nadać mu wygląd. To wszystko spowodowało, że trafiłam na Partyka, mojego dietetyka, który ogromnie pomaga mi w osiągnięciu moich celów (dziękuję, dziękuję, dziękuję!). Ale nie bójcie się. Nową Chodakowską, ani Lewandowską nie zostanę. Nie będę Wam mówiła, co jadłam na śniadania, ani zasypywała Internetu zdjęciami swojego brzucha. Nie zrobię też zestawienia „przed”, „po”, ani nie dam Wam przepisu na Kulki Mocy von Klaudia.

Mogłabym jeszcze opowiadać i opowiadać o nowościach mojego życia, ale nie chcę by ten post ciągnął się jak flaki z olejem (swoją drogą- bardzo fu). W niedzielny wieczór, standardowo, wrzucę więc kolejny, który będzie kontynuacją tego.

Po raz enty dziękuję Wam, że jesteście ze mną na blogu i dziękuję też wszystkim tym, którzy sprawiają, że moje życie jest pełne kolorów i dają mi inspirację do zmian.

Pozdrawiam z Zachodniej/Gutenberga i życzę dobrej nocy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *